środa, 4 sierpnia 2010

Pozdrowienia z podróży

Jak się to mówi, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Faktycznie po świecie mnie nosi sporo, ale po takim dłuższym wyjeździe zaczyna się doceniać wygodę własnych czterech ścian :)

Wyspy powitały nas pogoda zupełnie nie angielską. Po 40 stopniowych upałach w kraju, 20-25 stopni z lekkim zachmurzeniem jest idealną pogodą na zwiedzanie!  Wydawało mi się, że podróż do Wielkiej Brytanii nie będzie dla mnie wielką niespodzianką - w końcu w teorii wiem o Wyspach sporo, często kontaktuję się też elektronicznie z ludźmi stamtąd. Jednak wiedzieć a widzieć to dwie różne sprawy. Byłam już w kilku krajach europejskich i poza językiem i architekturą różnice w stosunku do Polski były raczej znikome. Chyba, że wychwytywanie takich rzeczy przychodzi z wiekiem...

W każdym razie wielka Brytania jest krajem dziwnym. W teorii leży w tej samej strefie klimatycznej co Polska, i choć mieliśmy duże szczęście do pogody, jednak jest tam odczuwalnie chłodniej. Pogoda jest nieprzewidywalna - wstawaliśmy kiedy jasno świeciło słońce na bezchmurnym niebie, ale zanim zdążyliśmy się "wybrać" zachmurzenie się zwiększało i często padał deszcz, tylko po to by powitać nas pięknym słońcem po dojeździe na miejsce! To, że Brytyjczycy jeżdżą po jedynej właściwej stronie drogi widoczne jest w Londynie na każdym przejściu dla pieszych - na asfalcie wymalowane są napisy "patrz w prawo/lewo". Chyba mieli sporo wypadków wśród turystów odruchowo patrzących w niewłaściwym kierunku - napisy kilkukrotnie uratowały życie i mnie! Klimat jest zdecydowanie łagodniejszy, co widać od razu po roślinności - kwiaty ogrodowe, które u nas wymagają sporych wysiłków ogrodnika by przezimować, rosną tam jak chwasty w parkach, w ogrodach często można spotkać rośliny, które u nas zimują w mieszkaniu, czy nawet ogromne, wieloletnie "palmy" i juki w formie sporych drzew. Nawet lasy są inne - praktycznie spotkać drzewo iglaste jest rzadkością, sosny nie występują prawie wcale. Dość charakterystyczne jest tez budownictwo. W kontraście z Polską, gdzie standardowym wykończeniem elewacji jest tynk betonowy, u nich króluje cegła i kamień - chyba łupki i piaskowce. Cegła ma nieco inny kolor niż nasza - widziałam piaskowo-żółtą, ciemnoczerwoną i brunatno-czerwoną, ale nie "ceglastą", i nie ma struktury charakterystycznej dla naszej licówki.Wykańcza się nią szeregówki tak charakterystyczne dla krajobrazu brytyjskich miast, tzw. "row houses". Kamień z kolei jest używany do budowli większych, komunalnych, często budowanych wg wzorów stylizowanych na gotyckie. Jest on także bardzo często wykorzystywany jako płyty chodnikowe - praktycznie nie widziałam chodników z kostki betonowej i niewiele z płyt betonowych.

 Budynek Nottingham Trent University
  Ceglane szeregówki

Różnice widoczne są tez w stosunku do ludzi. Ja wiem, że my tam tylko na krótko, turystycznie i widzieliśmy tylko wierzchołek góry lodowej, niemniej jednak będę twierdzić, że ludzie są uprzejmiejsi. Nie tylko w sklepie odnoszą się do klienta z życzliwością i uśmiechem, obsługa pociągu/cieć nie patrzy na petenta jak na karalucha, ale są naprawdę chętni do pomocy, oferując ją bez pytania niejednokrotnie. Na ulicy, nawet w Londynie, nie widać tego bezustannego pośpiechu i zniecierpliwienia, nikt się nie wykłóca o miejsce w kolejce do !!!!autobusu!!!! Oczywiście nie wszystko jest różowe, np zaskoczyła mnie ilość śmieci - są one sprzątane codziennie, niemniej jednak w Polsce nie widziałam jeszcze, żeby ktoś zostawiał niedopitą, otwarta butelkę coli w jadącym autobusie! Brytyjczycy są też strasznie zmanierowani, co rzuciło mi się w oczy w restauracjach, gdzie bardzo często zwracają posiłki. Oczywiście wszystko z mina i manierami godnymi co najmniej Earla. A wbrew obiegowej opinii, jedzenie w knajpach podają bardzo dobre, choć niektóre potrawy/zestawienia mogą być szokujące.

Jaskiniowcy przy stole - Knajpa z 1189 roku, wykuta w skale zamkowej Ye Olde Trip to Jerusalem

Spędziliśmy tydzień w Londynie, sprawdzając granice wytrzymałości Juniora na zwiedzanie. Mogłabym spędzić jeszcze jeden a i tak nie dałoby rady zobaczyć wszystkiego! Faktycznie, mają się czym pochwalić - dla nas jedynie problemem było , że się praktycznie nie chwalą! W całym mieście chyba na palcach rąk dałoby się policzyć tabliczki z nazwami ulic, czy drogowskazy do poszczególnych punktów orientacyjno-turystycznych. Dodatkowo, nie ma tam czegoś takiego jak krakowska czy warszawska Starówka, głównego miejsca skupienia atrakcji. Są one rozrzucone po całym mieście w sporych odległościach od siebie, i pomieszane z nowoczesną architekturą wysokościowców. Do tego stopnia, że w pierwszy dzień udało nam się "nie zauważyć" Tower i Tower Bridge w odległości może 300-500 metrów od wyjścia z metra! Skoro już o metrze - komunikacja podziemna jest doskonała, można dojechać praktycznie wszędzie, ale jest też złudnie szybka - same pociągi poruszają się szybko, niemniej jednak nieraz dotarcie do peronu, zmiana linii czy wyjście zajmuje więcej niż sam przejazd.

Panorama z Tower Bridge - na pierwszym planie zamek z 1178 roku, w tle wieżowce City.

Drugi tydzień spędziliśmy w Nottingham już bardziej na luzie, skupiając się bardziej właśnie na ludziach, stylu życia a nie architekturze i zabytkach. Miasto jest o tyle interesujące, że pomimo 270 tys mieszkańców wg Wikipedii, wszelkie mapy i informatory pokazują tylko centrum tegoż - nigdzie, dosłownie nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji na temat tego, gdzie może mieszkać pozostałe 250 tys ludzi! Centrum oddzielone jest od pozostałych dzielnic parkami, terenami zieleni, nieużytkami i rzeką, więc naprawdę robi wrażenie oddzielnego miasta. Nie jest to centrum w stylu amerykańskim - budynki są stare lub stylizowane na stare, w dobrym guście - coś jak na pierwszym zdjęciu, pełno jest wąskich uliczek otoczonych uroczymi kamieniczkami. I to co mi się baaardzo podoba - prawie całkowity brak reklam, telebimów i neonów. nawet Robin Hood nie jest jakoś straszliwie eksploatowany. Wszystkim mogę polecić wizytę na zamku w Notts - co prawda sam zamek nie jest stary, bo odbudowano go po pożarze w 19 wieku, niemniej jednak wystawy są zaaranżowane w ciekawy sposób, interaktywnie i przede wszystkim biorą pod uwagę dzieci - w każdej sali jest jakieś zajęcie dla nich pozwalające dorosłym skupić się na ekspozycji.

Zielony Człowiek - rzeźba Robin Hooda z roślin na Zamku Nottingham

"Dąb Robin Hooda" w Sherwood




.

czwartek, 15 lipca 2010

Body Art

Przeglądając katalogi ze zdjęciami w celu uzupełnienia błędów na blogu, znalazłam niepublikowane zdjęcia z imprez na których zajmowałam się malowaniem twarzy dzieciom. Jedna u mnie w szkole w czasie "Pikniku Rodzinnego" - i jeszcze raz wielkie podziękowania dla dziewczyn które mi "pomagały" - Agi, Pat i Olki. Tak byłam zaaferowana sprawami organizacyjnymi, że moje prace można policzyć na palcach, a kolejka zajmowała cały korytarz!

Aga, Ola i Patrycja




Ja i mój cierpliwy model


I jeszcze kilka naszych ofiar:



.

środa, 14 lipca 2010

Zaginione posty

Cóż... dokładniejsze przyjrzenie się historii bloga ujawniło bezmiar zniszczeń. Pozrywane linki, puste posty, błędne zdjęcia.... Postaram się je stopniowo odzyskać/uzupełnić. Tutaj będę wpisywać uzupełnione wpisy i poprawione błędy. Jeżeli jeszcze coś zauważycie, dajcie znać.
Burza Piaskowa - uzupełnione
Ktokolwiek widział - uzupełnione
Pochwal się - cześciowo uzupełnione
Clifford .D.Simak, Rezerwat goblinów - ............
C.J.Cherryh, Ogień z Nieba - .................
 Dr Who - zdjęcia poprawione
Całun z Oviedo -zdjęcia poprawione
Strach ma wiele twarzy - poprawione
Terenokreacje -poprawione
Udało mi się uruchomić komentarze w końcu, ale amba opanowała kompa na dobre. Na szczęście projekt do oddania już prawie gotowy, więc komp wkrótce powędruje do naprawy.
I nowy skin, mam nadzieję, że się podoba. Osobiście wolę, gdy kolumna tekstu jest szersza, ale nie kosztem komentarzy!

wtorek, 13 lipca 2010

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Poszukiwany
niebieski Piesek,
długość około 25 cm
czarno-brązowe oczy
brat-bliźniak tego oto zwierza:


W miarę możliwości nieco mniej zmaltretowany.


Piszę serio. Niby zwykła zabawka, a i w samotności przytuli, i od kosmitów obroni, i potwory odstraszy, i w smutku pocieszy, i zupę mleczną zjeść pomoże. Rzadko ulegam fanaberiom Juniora, ale bez Pieska ani rusz. Piesek ma lat ponad 4 i jest weteranem. Przeżył żłobek, przedszkole, ząbkowanie, spał w namiocie rycerskim, jeździł konno i koleją, był chłodzony w lodówce i ogrzewany przy ognisku, jadł z Juniorem z jednej miski... Dzisiaj spędziłam półtorej godziny w wannie reanimując zwierza, ale obawiam się, że kolejnej takiej akcji nie przetrwa... Dlatego apeluję - jeśli widziałeś Pieska w okolicy, jesteś jego posiadaczem lub znasz kogoś takiego, i nie będziesz za nim tęsknić za bardzo - odkupię, wymienię na inne zabawki, wypożyczę, ukradnę... RATUJCIE!!!

Wyślij tę wiadomość do 5 innych osób, a może ktoś znajdzie Pieska.
Wyślij tę wiadomość do 10 innych osób - - spraw radość małemu dziecku, a nuż zdarzy się CUD.
Jeżeli nie wyślesz tej wiadomości,  nic się nie stanie... albo potwory w nocy zjedzą bezbronnego Juniora



Miała być dzisiaj recenzja, ale...
a) nie mam czasu bo projekt, który miałam zrobić do końca czerwca okazał się bardziej absorbujący, niż myślałam (jak zawsze)
b) okazało się, że na blogu są błędy - dzięki Foo - i trzeba je poprawić. Niestety nadal nie wiem, dlaczego nie działa opcja dodawania komentarzy. Zdjęcia zresztą też nie działają.
c) prałam Pieska


.

niedziela, 11 lipca 2010

Pochwal się swoim kątem do pracy

o chwilę przez odwiedzane przeze mnie strony i blogi przewija się motyw pokazywania swoich pulpitów malarsko/modelarskich, pokoi do szycia i innych kącików pracy. Ponieważ kończenie projektu - interaktywny kurs na platformie edukacyjnej Moodle - oddać na wczoraj oczywiście, wysysa za mnie wszelką inicjatywę i chęć pisania czegokolwiek, postanowiłam pochwalić się kilkoma zdjęciami moich "stanowisk pracy". Tak, w liczbie mnogiej!
Biurko komputerowe w bibliotece - nawet ostatnio posprzątane!


"Pracownia" - właściwie miała to być jadalnia, ale ponieważ i tak używana bywa wyłącznie od wielkiego święta, zamieszkały w niej figurki i maszyna do szycia:


Modelarnia - pomieszczenie to zazwyczaj pełni funkcje pralni, ale w zimie jest tu zbyt zimno i wilgotno na suszenie, zaś w lecie suszarka i tak wędruje na balkon!
(chwilowo zdjęć brak z powodów technicznych)

No i na końcu - KANCIAPA, osławione pomieszczenie w Klubie przerobione aktualnie na magazyn wszelkiego rodzaju akcesoriów "bo się kiedyś przyda" i warsztat modelarski.

sobota, 10 lipca 2010

James Rollins - Burza piaskowa

James Rollins, Burza Piaskowa
Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2008
Obraz pochodzi ze strony Merlina

Będzie chyba trochę chaotycznie, bo to już druga wersja recenzji - pierwszą amba wcięła... Ostatnio mi się ta amba na kompie rozszalała niestety.

Największa moją bolączką jest czytanie recenzji książki wydrukowanej na okładce. Oczywiście, ciężko bez jakiegoś omówienia zdecydować się na zakup, niemniej jednak recenzje owe dzielę na kilka kategorii:
  • dobre - oczywiście występujące najrzadziej
  • nic nie mówiące/wychwalające autora
  • pisane przez bałwana, który książkę co najwyżej pobieżnie kartkował
  • streszczenia fabuły krok po kroku
Te ostatnie mam wrażenie najczęściej dotyczą kryminałów i książek o zagadkach. I to streszczenia w stylu omówień lektury przed maturą, wyjaśniające wszelkie zwroty akcji i omawiające motywację bohaterów.

Pomimo tego spoila, zdziwiłam się nieco, gdy okazało się, że to już druga powieść tego autora, którą mam w rękach. Grubaśne tomisko wygląda nieco onieśmielająco, ale akcja rozpoczyna się z grubej rury:
"Harry Masterson miał umrzeć za trzynaście minut. Gdyby o tym wiedział, wypaliłby ostatniego papierosa do samego filtra."
Papierosa nie wypalił, za to zachęta wypaliła, i owszem. Po takim wstępie suspens trwa przez 6 stron, powoli zagęszcza się atmosfera, aż do dania głównego - superwybuchu w British Muzeum. Ciekawostka - załączone są mapy tegoż, co mnie uradowało bo się tam wybieram :). Oczywiście wybuch o wielkiej sile w takiej instytucji przyciąga uwagę całego świata, zarówno detektywów-naukowców próbujących wytłumaczyć jego pochodzenie, jak i agencji antyterrorystycznych. Do akcji wkracza Sigma.

Sigma Force to tajna agencja rządowa, z którą miałam już okazję się zapoznać przy lekturze "Mapy trzech mędrców". W tej tajnej organizacji powstała w tym czasie jeszcze bardziej tajna komórka DARPA - Defensive Advanced Research Project Agency. Cytując Autora "Departament, który nadzorował dział badawczo-rozwojowy ministerstwa Obrony. Ich motto brzmiało: 'Być pierwszymi'. Kiedy chodziło o postęp technologiczny, Stany zjednoczone nie mogły się znaleźć na drugim miejscu. Nigdy." Pracujący w niej agenci to eks-wojskowi z dwoma lub trzema doktoratami nauk ścisłych. Jednak inaczej niż w "Mapie", agenci rządowi grają pierwsze skrzypce jedynie w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia, w innych sytuacjach oddając wiodącą rolę pozostałym postaciom z grupy.

A plejada postaci zgraniem i dopasowaniem przypomina "standardową" drużynę RPG! Poza wymienionymi już geniuszami-komandosami poznajemy
  • Arabską panią archeolog ze skrajnym przypadkiem fobii, przeklętą przez fanatycznych islamskich guru
  • Angielską arystokratkę-milionerkę lady Karę Kensington, opanowaną potrzebą zgłębienia tajemnicy śmierci ojca,
  • Omahę Dunna, który co prawda twierdzi, że nie jest Indianą Jonesem, SPOILER!ale czyni to w trakcie wykradania chińczykom skamieniałego jaja dinozaura, oraz jego brata kujona
  • Grupę Beduińskich komandosów - Duchów Pustyni
  • Pustynną wersję amazonek o starożytnym rodowodzie
Ich nemezis jest była agentka Sigmy, która przeszła na ciemną stronę mocy i, znając możliwości, schematy postępowania i punkty wsparcia naszej Drużyny Pierścienic potrafi przewidywać większość ich ruchów co pozwala jej wyprzedza ich w wyścigu odkryć. Oczywiście dysponuje ona nieograniczoną armią klonów, przy jej boku stoi Jango Fett a z tyłu majaczy widmo Imperatora.

Akcja od pierwszego wybuchu jak azjatycki autobus nie zwalnia ani trochę na zakrętach, serwując wciśniętym w siedzenia podróżnym coraz to nowe, piękniejsze i groźniejsze widoki. Zwroty akcji następują wraz z wprowadzeniem KAŻDEJ nowej postaci/grupy, aż chwilami chciało by się zwolnić lub wysiąść na chwilę. Gdy w końcu wszyscy się już znają, Autor rzuca czytelników głową naprzód w wyścig na przełaj z tytułową burzą piaskową w tle, będący głównym celem fabuły, nie oszczędzając wybojów i zakrętów. W końcu Hosanna! udaje się osiągnąć cel, zauroczeni bohaterowie rozkoszują się zdobyczą w spokoju... do pierwszej bomby. Literalnie. Rozpoczyna się pandemonium, spotęgowane jeszcze przez siły żywiołów, które niszczą wszystko na swej drodze, ze szczególnym upodobaniem dla schwartz charakterów. Nasi herosi wychodzą z nawałnicy tylko w nieco uszczuplonym i pokiereszowanym składzie, rozwiązują tajemnicę i ratują ludzkość od zagłady, a także zdobywają odpowiedzi na dręczące ich od lat pytania. Happy end jest wyważony i nieco stonowany, duży plus dla Autora.

Szybkie podsumowanie - cegła straszliwa, nawet ja nie byłam w stanie przeczytać tej książki w jeden dzień, ale baaardzo ciężko się oderwać! Akcja błyskawiczna, masa efektów specjalnych, postacie nakreślone lekko i z dystansem, ironią. Książka naszpikowana jest terminologią naukową, więc jeżeli nie wiesz, kiedy spadł meteoryt Tunguski i co to są "Buckyballe", możesz mieć pewne problemy ze śledzeniem fabuły. Z kolei jeżeli ktoś się zna na tych terminach dobrze, musi "zawiesić niewiarę" i przyjąć na chwilę tezy założone w powieści. Błędy logiczne są, ale niestety nie można o nich mówić bez zdradzenia sedna fabuły.

OCENA - 9/10

Przydługi post z dedykacją dla Foo :P.


.

środa, 30 czerwca 2010

Półrocze

Mija pół roku blogowania - pora na krótkie podsumowanie.
Statystyki - nie wiem nawet za bardzo jak się sprawdza odwiedzalność bloga i inne takie, więc nie wiem nawet ile osób wchodziło na tę stronę. Wielkie pozdrowienia dla obydwóch obserwatorów! Same posty - niestety widać tendencję zniżkową - ale jak na razie zgodną z porami roku i pogodą, więc są szanse, że projekt się utrzyma :) Od stycznia wpisów powstało 58 (59 wliczając ten dzisiejszy), i nie chwaląc się, niektóre nieco przydługie :P. Zmieniła się też nieco tematyka - odeszłam od WOWa - w sumie w planach jeszcze post "pożegnalny", doszły tematy artystyczno-hobbystyczne, umarł w bólach projekt opowieści do Dragon Cave, jak na razie niewiele jest wpisów o podróżach a zdecydowanie więcej niż podejrzewałam recenzji. Ogólnie nie jest źle!
Plany na 2gie półrocze - utrzymać miesięczną średnią postowania w granicach 8-10 wpisów, dobić do 100 postów rocznie, zrobić w końcu jakiegoś przyzwoitego skina, naprawić kompa... A już poza blogiem, skończyć przynajmniej jeden stary, rozpoczęty projekt miesięcznie zanim się zabiorę za coś nowego!

Lista rozpoczętych projektów:
  • Armia do Bretonii
  • Armia do Lizardów
  • Makieta Zamku
  • 3 stoły modułowe do klubu
  • narzuta na łóżko w róże
  • zagłówek do tegoż łóżka
  • w pełni ręcznie szyte cote
  • ciuchy na które ludzie oczekują
  • kasetka na biżuterię
  • ogród
  • haftowana sakwa
  • eee.. więcej grzechów nie pamiętam, to nie znaczy, że ich nie ma... zostawiam tu miejsce na ewentualne uzupełnienia
.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Akcja charytatywna

Nie wiem jak wy, ale gdy słyszę "akcja charytatywna, zazwyczaj podchodzę do takiej osoby/organizacji dość ostrożnie. Wszyscy znamy historie zarówno jawnych oszustw, jak i "fundacji" gdzie po przejściu przez szereg biurek do poszkodowanych dociera jedynie ułamek funduszy na nich wpłaconych. Dlatego uważam, zę warto propagować akcje "czystego serca", tworzone z pominięciem nadmiernej biurokracji.

Właśnie poszukując różnych linków do robótek ręcznych trafiłam na stronę "Kołderki za jeden uśmiech". Jest to strona projektu którego uczestniczki nie wołają o kasę, ale własnoręcznie starają się wykonać upominki dla dzieci przewlekle chorych. Wszystkie miłośniczki hafciarstwa i szycia, ale również innych technik, mogą wziąć w nim udział wykonując fragment patchworkowej kołderki która następnie zostanie podarowana jakiemuś dziecku.



.

niedziela, 27 czerwca 2010

Muzeum Miniatur w Inwałdzie

Jestem (byłam) w szkole odpowiedzialna za organizację wycieczki dla najlepszych uczniów w szkole. Jestem upierdliwa i staram się wybierać coś, co będzie jednocześnie pasowało do rangi edukacyjnej jak i sprawi przyjemność dzieciom. W zeszłym roku pojechaliśmy do Parku Dinozaurów w Bałtowie, w tym roku wybrałyśmy - sugerując się internetem, a jakże - Muzeum Miniatur w Inwałdzie.

Z zeszłorocznej wycieczki jestem zadowolona, natomiast ten rok był katastrofalny. Pomijając już same terminy, gdy ciężko było w jakiś sposób pogodzić interesy wszystkich, przede wszystkim nawaliła pogoda. W momencie, gdy wsiedliśmy do autokaru, zaczęło padać i przestawało tylko po to aby z nami się podrażnić - my ściągamy kurtki, znów zaczyna padać. Po drugie, kierowca; Nie dość, że wybrał najgorszą możliwą trasę - najbardziej wypadkową i zakorkowaną, to jeszcze rozwijał maksymalnie 60 km na godzinę, w związku z czym na miejsce dojechaliśmy z ponad 45 minutowym opóźnieniem. O powrocie to już w ogóle nie chce mi się pisać - w sumie spędziliśmy 8 godzin w autokarze!!!

Sam Inwałd - pierwsze mieszane wrażenie (z punktu widzenia organizatora) już przy kasie. Cennik dostępny na stronie internetowej jest niedokładny, podaje tylko ceny biletów jednostkowych, podczas gdy bilety dla grup są tańsze. Nie ma także informacji o opłacie za bilet dla opiekunów, zniżkach dla niepełnosprawnych i darmowym wejściu dla kierowcy. Niby fajnie, że taniej niż planowane, ale rozplanowanie funduszy wzięło w łeb. Strona internetowa podaje bardzo mało informacji na temat atrakcji dostępnych w parku, a mapka którą tam można obejrzeć pokazuje.... plan zagospodarowania skończonego parku w 2012 roku!!! Wielu atrakcji tam zaznaczonych w ogóle nie ma, albo są dopiero w budowie! Nie wiadomo, ile trwa seans w kinie czy na symulatorze, co to jest "Pirat show" czy "Egipt Horror". W tym momencie kończy się "tańsza" wersja dla wycieczek - za wszystkie atrakcje typu kino czy poszczególne "show" opiekunowie muszą płacić normalny bilet! Następnym razem chyba przygotuję sobie dokument o przejęciu odpowiedzialności za 40 rozwydrzonych małolatów dla pani kasjerki!

Co do samych miniatur - zapewne moja opinia byłaby trochę lepsza przy korzystnej pogodzie, niemniej jednak..... fajnie było, tylko gdzie te miniatury?  Z przewodnikiem obejrzeliśmy kilka makiet rozrzuconych dość bezładnie pomiędzy urządzeniami lunaparku. Miało ich być ponad 50, ja kojarzę może ze 20, bez żadnego sensownego podziału na kontynenty czy okresy, jak też bez "otoczenia". Ustawione są w takim dość typowym nowoczesnym parko-ogrodzie, a przecież posypanie łachy piasku pod piramidą czy trawnika koło Białego Domu nie jest chyba wyzwaniem? Ciężko się zresztą skupić na szczegółach technicznych Wieży Eiffela gdy po przeciwnej stronie ścieżki piszczy grupa nastolatków na kole młyńskim. Park nie proponuje żadnych dodatkowych zabaw czy zajęć "tematycznych" a jedynie 3 czy 4 punkty żywieniowe na tak małym obszarze i tyleż sklepów z pamiątkami.

Dla mieszkańców Krakowa czy okręgu Katowickiego jest to zapewne ciekawa alternatywa wobec weekendu spędzonego przed telewizorem, tym bardziej, że obok jest drugi jakiś park z dinozaurami, niemniej jednak po tej wycieczce pozostał mi niesmak i rozczarowanie. No i pogoda nie pozwalała na robienie zdjęć, udało się tylko jedno zrobione przez Dominika:

Park miniatur, Inwałd - model Placu Świętego Piotra w Rzymie, pozuję ja z Dominikiem

.

sobota, 26 czerwca 2010

Książę Persji

Książę Persji - Piaski Czasu, reżyseria Mike Newell, scenariusz Boaz Yakin, Carlo Bernard

Źródło zdjęcia - Filmweb

Po wyjściu z kina dzisiaj zaczęłam się zastanawiać, co decyduje czy film mi sie podoba, czy nie. Wychodzi na to, że albo jestem mało wybredna, albo mam szerokie spektrum zainteresowań ;P .

Film jest swobodną ekranizacją jakiejś dawnej gry komputerowej - nie grałam, nie znam nikogo kto by grał, nie będę się wypowiadać. Już sam początek - styl narracji, pierwsze "fakty" podane widzom ustalają konwencję - film jest fantasy, nierealistyczny, porozumiewamy się stereotypami dobra i zła. Jak to usłyszałam po wyjściu z sali - Disney robi bajki. Robi je dobrze. A czy jesteśmy wystarczająco dojrzali, aby rozumieć konwencję i bawić się na bajkach, to już każdy musi sobie sam odpowiedzieć.

Piękne stroje, przystojni aktorzy/piękna aktorka, złocone komnaty, zapierające dech krajobrazy i widoki częściowo rekompensują płytką i schematyczną fabułę, której plusem jest kilka zwrotów akcji - może nie jakoś niesamowicie oryginalnych, ale zdecydowanie działających na jej korzyść. Głównym atutem filmu są oczywiście sceny walk i pościgów niczym z Matrixa, ale z dawką humoru którą ostatnio widziałam chyba w "Przygodach Indiany Jonesa". Podobno nawet wiele z nich wykonywanych było przez samego aktora a nie kaskaderów. Producent nie szczędzi nam również efektów specjalnych. I nie martwcie sie kolejnymi zwrotami fabuły - każdym razem na gorsze. Wszystko skończy się dobrze, a wino na weselisku leje się strumieniami :P

Podsumowując krótko - nie jest to film dla ambitnych, ale propozycja warta rozważenia gdy oczekujemy rozrywki.
8/10

.