Roku Pani 2013

Potężny mężczyzna westchnął ciężko i odłożył przeczytany pergamin na rzeźbiony, dębowy stół. Ciężkim krokiem podszedł do lustra z polerowanego srebra i dokładnie się w nim przejrzał. Dworscy pochlebcy wciąż mu powtarzali, że prezentuje się niezwykle godnie. Taaak, godnie było odpowiednim słowem. Odpowiednim dla starca, którego jego oczy widziały w lustrze. Pomimo swego wieku wciąż górował wzrostem nad większością dworzan, a jego wyprostowana sylwetka nadal zdradzała niedźwiedzią siłę. Jednak ruchy nie były już tak elastyczne jak w czasach, gdy jako wędrujący rycerz przemierzał krainy starego świata, szaty były wyraźnie szersze w pasie a skronie i broda już nie przyprószone dystyngowaną siwizną lecz białe jak mleko. W lustrze widział starego człowieka, odwykłego od dni spędzanych w siodle z bronią w ręku, bardziej podobnego kupcowi czy dworskiemu miękkiemu urzędnikowi niż wojownika, postrach wrogów swego kraju. Znużony potarł twarz dłonią i odwrócił się do okna. 

Wiedział, że nie sprosta już swojej sławie na polu bitwy, nie zdobędzie nowych laurów aby je rzucić u stóp Pani. Wiedział też, że jego rycerze  nie będą chcieli po latach bezczynności, względnego pokoju i dobrobytu wyruszyć na wyprawę poza granice kraju jeżeli nie będzie im przewodził osobiście jak dawniej. Wiedział, że wróg tak potężny nie jest odległą groźbą i wszystkie dobre stworzenia muszę wspólnie stanąć do walki. Wiedział, że nie wróci z tej wojny żywy. Może tak będzie najlepiej. Może pora już odejść i pozwolić wykazać się młodym, a lepsza chwalebna śmierć na polu bitwy niż haniebna śmierć we własnym łożu jak jakiś podrzędny pisarzyna. Louen wezwał pokojowca.

 - Pierre, rozkarz aby stajenni przygotowali Beaquisa do wiosennego objazdu królestwa. Biorę ze sobą tylko oddział pegazów, i żadnych taborów. Wyruszamy za trzy dni. Przyślij też do mnie królewskiego skrybę z pieczęciami. Wieczorem przy wieczerzy niech się stawi komendant straży zamkowej, Hetman Koronny i Polny, oraz  Łowczy. I na trzewiki Pani, niech coś zrobią z paskami mojej zbroi, bo znów się skurczyły!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Mistrz Jacques podniósł głowę zaalarmowany przez przeraźliwy skrzek dochodzący ze stajni. Westchnąwszy, odsunął księgi rachunkowe słysząc zbliżający się tupot stóp. Drzwi do komórki otworzyły się gwałtownie i stanął w nich rozczochrany i podrapany  młodzieniec trzymający się za krwawiącą dłoń. Łowczy ze zrezygnowana miną sięgnął do podręcznej skrzyni zawierającej zapas przygotowanych zawczasu szarpi. 
- Cóż to było tym razem, Pierre? -  zapytał, z wprawą opatrując rozoraną szponem dłoń. Mimo paskudnej rany chłopak nie wyglądał na przerażonego, wbrew przeciwnie, rozpierała go duma. 
Jestem Jean, Pierre zrezygnował w zeszłym tygodniu. - odparł młodzieniec - Ale udało nam się, przycięliśmy i wypolerowaliśmy wszystkie szpony. Zwierzak jest gotowy. 

Wyszli z kantorka i skręcili w prawo. W dobudowany obok stajni pomieszczeniu znajdowały się boksy przeznaczone dla bardziej niecodziennych wierzchowców, w większości teraz puste. Największy z nich, i co najważniejsze,  oddalony od pozostałych zwierząt aby ich nie przerażać tak bardzo, przeznaczony był dla królewskiego ulubieńca, hipogryfa Beaquisa. Przenikliwe, czarne oko spoglądało na nich nieprzyjaźnie ponad przegrodą. Na widok wchodzących bestia wydała z siebie kolejny buntowniczy skrzek i częściowo rozpostarła imponujące skrzydła. Hipogryf nigdy nie przepadał za zabiegami pielęgnacyjnymi, a charakter wcale mu z wiekiem nie złagodniał. Jednakże dzisiaj prezentował się wyśmienicie. Wykąpany i wyszczotkowany, jego futro i ciemne pióra lśniły, choć wyraźnie widoczne były przebijające w kolorze siwe włosy. Bujna grzywa spadała na szeroką pierś. Potężny, zakrzywiony dziób błyszczał, tak jak wypolerowane, ale i przycięte do bezpiecznej długości szpony. Beaquis wyglądał równie strasznie i potężnie jak w czasach swojej bojowej chwały. 

Mistrz Jacques rzucił stojącemu obok młodzieńcowi monetę, którą ten schwycił rozpromieniony i już prawie niepomny swoich obrażeń. Była nadzieja, że w tym tygodniu nie wszyscy stajenni uciekną z zamku.
- Dobra robota. Zasłużyliście na wolny wieczór. Tylko mi się nie popić w karczmie, jutro z samego rana trzeba przygotować go do odlotu. - Westchnął, patrząc na nowy model uprzęży, już naoliwiony i przygotowany."

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Poranek był wyjątkowo chłodny jak na tę porę roku, jednak na zamkowym dziedzińcu wrzało. Służba wykonująca swoje codzienne poranne czynności spoglądała w stronę grupy zgromadzonej w części gospodarczej. Wyprowadzone ze stajni i osiodłane pegazy czekały przed bramą, podczas gdy z  przylegającej do stajni dobudówki dochodziły ptasie wrzaski i całkiem ludzkie przekleństwa. Przez bramę w pełnym pędzie wyjechało kilku gońców oraz kawalkada wozów wypełnionych po brzegi sprzętem obozowym w asyście kilkunastu zbrojnych. Król miał co prawda lecieć w lekkiej asyście, ale nie każdego dnia będzie mógł gościć w odpowiednim dla monarchy zamku.

Po chwili z głównej wieży wyszła grupa rycerzy, wśród których posturą i śnieżnobiałymi włosami wyróżniał się obecny król Bretonnii, Louen Lwie serce. Skierował się on do stajni hipogryfa zaś towarzyszący mu rycerze zaczęli dosiadać przygotowanych do podróży pegazów. Gdy tylko wszedł do budynku ptasie skrzeki zmieniły się w coś przypominającego kocie pomruki - gdyby takie dźwięki mogły wydobywać się z zakrzywionego ptasiego dzioba. W budynku rozległ się dziwny, dwutaktowy tętent kopyt i na dziedziniec wyprysnął Beaquis w całej swej okazałości, wzbudzając lekki popłoch pośród ciżby gawiedzi i pałętających się po podwórzu psów. Majordomus i osobisty służący króla, stary Pierre skurczył się nieco, ale dzielnie skierował swoje kroki w stronę króla podając mu broń i okrycie. 
 - Lepiej okryj się ciepło,  panie, w górze będzie jeszcze chłodniej. A w kościach mnie łupie już drugi dzień, to i śnieg może spaść.
 - Dobrze wiesz, że radziliśmy sobie bez futer z gronostaja i złotogłowi, stary druchu. Dbaj o zamek aż wrócę. - Louen uśmiechnął się spinając błękitny haftowany płaszcz na ramionach i zakładając hełm. Bez ostróg hipogryf wyczuł gotowość jeźdźca i reagując na delikatne prowadzenie wodzy rozpostarł skrzydła i wydał kolejny,donośny okrzyk, jakby na powitanie szerokiego nieba. Kilkoma ruchami potężnych skrzydeł wzbił się wysoko, wyprzedzając znacznie drobniejsze pegazy, i poszybował w stronę  przeciwną do wschodzącego słońca.

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Andre jak jeden z bezpańskich kundli szwendał się między mężczyznami wbijającymi ostatnie kołki i czopy wielkiej drewnianej konstrukcji, zbierając w kieszeniach poprzecieranych portek odłamki kamieni. Miał wielką ochotę użyć swojej procy i wystrzelić jeden w stronę mistrza Frederica za to, że przegonił go przed pierwszą próbą strzału nowej machiny, ale za bardzo się go bał i zamiast tego celował w wałęsające się dokoła psy. Zresztą ze swojego miejsca na skałach tez miał dobry widok na całą dolinę Gironne. Łąka po drugiej stronie rzeki usiana była odłamkami kamieni, ale stóg siana który miał być celem Lazurowej Klotyldy pozostawał nietknięty. Chłopiec zachichotał cicho. Zapewne to, oraz wyrastająca tuż po jego lewej stronie druga, konkurencyjna konstrukcja przyczyniały się do jeszcze gorszego niż zwykle humoru cechmistrza. Zbliżała się nona, i wokół nowej machiny trwały gorączkowe przygotowania do próbnych strzałów. Wkrótce na murach miasta pojawić się mieli rajcy aby obejrzeć pierwsze, próbne strzały Karmazynowej Brigidy, jak nazywano potocznie nową katapultę. Gaspard, podstarszy cechu zbrojmistrzów ponaglał swoich podwładnych ładujących procę kamiennymi fragmentami starych ruin. Potężne ramię jęknęło pod obiążeniem i wśród trzasków drewna i skrzypienia lin rozległ się jękliwy wizg, gdy proca wyrzuciła w powietrze ogromny głaz. Śledząc tor jego lotu Andre dostrzegł pikującego ku nim jastrzębia. Nim kamień spadł na łąkę, siłą rozrzuconej ziemi rozrzucając stóg, jastrząb powiększył się do rozmiarów orła, a następnie największego ptaka jakiego chłopiec w życiu widział. Z rozdziawionymi ustami  patrzył, jak ciemny punkt nabiera kształtów skrzydlatego konia, o wiele większego niż bojowy rumak, ale z ptasią głową. Widać też było jeźdźca dosiadającego bestii, błękitny płaszcz powiewał za nim jak chorągiew. Dziwny stwór zatoczył koło nad miastem, jego cień padający na ziemię spowodował, że coraz więcej osób podnosiło głowy i pokazywało go sobie palcami. Andre usłyszał okrzyki straży na murach i powtarzane z ust do ust słowo "król". W stronę miasta leciało jeszcze kilka skrzydlatych koni. Hipogryf po raz ostatni zatoczył koło nad miastem, jakby czekał na swoją świtę, a gdy do niego dołączyły odleciał w stronę warowni.

------------------------------------------------------------------------------------------------------


Przydatne linki: lista imion francuskich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz