wtorek, 5 marca 2013

Jego wysokość Louen Leoncoeur


Nieco spóźniony start w pierwszej rundzie, ale i tak nie mam wiele do zrobienia - w marcu malujemy jednostki ciężkiego wsparcia czyli maszyny i duże potwory, a takich w Bretonnii mamy dwie, i to licząc na wyrost - trebuchet i króla na hipciu. Trebka właśnie skończyłam malować, drugiego nie mam - zdobycie oryginalnego metalowego modelu graniczy z cudem, a chcę mieć obydwa w tym samym stylu. Pozostaje więc tylko hippogryf do malowania. Posiadam model z 5 edycji, nie grzeszący urodą, więc dojrzewał do tej pory w pudle. Jak na razie przeszedł kąpiel, manicure - pazury miał po prostu komiksowe - oraz golenie futra. Cała skóra była podziubana igiełką co miało oznaczać futro. Uznałam, że nie przypomina to ani sierści konia, ani lwa, i zeskrobałam. Przypiłowałam też zęby w dziobie i pióra na górnej części tułowia,  i jak dotrze przesyłka z GSem to spróbuję zrobić coś w stylu grzywy. Zastanawiam się też nad dorobieniem mu kropierza  ale nie będzie widać wtedy tych końskich nóg praktycznie. W każdym razie jakieś opancerzenie musi dostać  bo przy skrobaniu sierści nie uniknęłam uszkodzeń pasków uprzęży.

Oto Jego wysokość Louen Leoncoeur i jego wierny Beaquis w wersji nieco sponiewieranej przez życie.


poniedziałek, 4 marca 2013

Golden Dame MMXII

Dzisiaj dwa różne projekty i konkurs, ale wszystko ze sobą mocno powiązane. Dużo zdjęć.

Pierwszy z projektów to renowacja szafki. Dlaczego na blogu o modelarstwie zamiast robótkowym? Ano, sporo haseł wspólnych - zmywanie farby, szpachlowanie, bejcowanie - oraz przeznaczenie.  Od pewnego czasu całkowicie zaanektowałam jadalnię na potrzeby swojego burd... ekhm.. pracowni. Nie potrafię skupić się tylko na jednej "działalności" i szkoda mi czasu aby to sprzątać ze stołu/szafek/podłogi/każdej dostępnej płaskiej przestrzeni), oraz posiadam chyba nieskończony zasób rozpoczętych projektów które gdzieś trzeba przechowywać. Sposobu w jaki przez ostatnie lata przechowywałam w tym galimatiasie figurki nawet nie będę pokazywać żeby czyjegoś zawału nie mieć  na sumieniu. Kilka modeli miało swoje "display cases" ustawione między kolekcją filiżanek, ale mieściły się tam jedynie małe, niskie modele. Miejsca na popularną wśród modelarzy szklana witrynę nie mam i nie pasuje mi do wystroju. Już robiłam kilka przymiarek do samodzielnego wykonania półki od podstaw lub zlecenia jej w firmie, ale problem był z przednią szybą. Wymarzona szafka musiała spełniać kilka kryteriów - pasować do pozostałych mebli (robionych wg własnego projektu), posiadać regulację półek aby dostosować je do aktualnej zawartości - nie zawsze na wystawie są figurki), możliwość przenoszenia na miejsce wystawy oraz przede wszystkim małą głębokość bo wisi na ścianie przy której się chodzi. Sporo czasu minęło, nawet po drodze obejrzałam kilka modeli, ale to kolor nie taki, to wielkość, to cena ciężka do przełknięcia. I nagle znalazła się niejako sama, prawie idealna, choć w mało idealnym stanie :) Tadam, oto moja witrynka na figurki (o zawartości będzie za chwilę) jeszcze przed ostatecznym lakierowaniem, ale już używana. Prawda, że pieknie prezentuje modele?



Ostatecznym i ponaglającym bodźcem do poszukiwań odpowiedniej gablotki był konkurs organizowany przeze mnie w klubie Lewa Flanka przy okazji Dni Otwartych. Konkurs "Golden Dame" był organizowany już kilkukrotnie pod szyldem starego MKF-u przed jego uśpieniem i w tym roku postanowiłam tradycję reaktywować. Z efektów jestem bardzo zadowolona - pomimo że jedyną nagroda była tradycyjna statuetka "Golden Dame" udział w konkursie zgłosiło 16 malarzy z 23 modelami. 






Zwycięski model - walka na szczycie była bardzo wyrównana


A tu już zwycięzca ze statuetką


Sama statuetka też ma swoją burzliwą historię. Jest to model Finari  54 mm z firmy Reaper. Przyszła do mnie w fatalnej wersji, z dużą ilością nadlewek w nieciekawych miejscach, oraz bez tego odstającego kosmyka włosów z oryginalnego wzoru. To mnie akurat nie zmartwiło, bo nigdy mi się nie podobał. Natomiast dopiero po spodkładowaniu modelu zauważyłam, że ma on na głowie dziurę o średnicy ok 5 mm! Musiał się do formy dostać bąbel powietrza właśnie w miejscu tego kosmyka. Figs był już elegancko czarny, obawiałam się wiec, że reklamacja może nie zostać przyjęta, i zdecydowałam się model naprawić. Na szczęście rzeźba twarzy była nienaruszona, do rekonstrukcji było czoło i część włosów. Straciłam nieco zapału dla tego projektu i postał sobie na półce czekając na standardową "ostatnią chwilę". Dawniej wszystkie  statuetki "Golden Dame" były malowane po prostu na złoto, ewentualnie a jakimś washem, ale model podobał mi się na tyle, że postanowiłam go pomalować normalnie. I byłam całkiem zadowolona z drewna na tarczy, twarzy i nawet oczu, aż przyszło do malowania zbroi. Srebro/stal wyszło tak sobie, ale kiedy sięgnęłam po słoiczek złotej farby, okazało się, że jest zepsuta. niestety  okazało się już na modelu, kiedy radośnie rozpłynęła się po całości, zachowując się jak wash :/ Koniec końców, bo czas sie kurczył i nie było kiedy zmywac wszystkiego i robic od nowa, zdecydowalam się na cąłości położyć kilka warstw mojego najnowszego glejza, i tak otrzymałam Złotą Damę widoczną na poniższym zdjęciu. 




czwartek, 28 lutego 2013

Trochę staroci.

Ponieważ przez te ostatnie dwa lata ruch w klubowej wylęgarni nie zamarł całkowicie, zapowiada się seria postów pt "rachunek sumienia" - zdjęcia makiet zrealizowanych już jakiś czas temu, co zapewne będzie widoczne w postaci śladów użytkowania. Część gotowa, część WIP, część do/w trakcie przeróbki bo "turniejowo niegrywalna".

Dżungla. O ile dobrze widzę na blogu, to ostatnie wieści były na etapie tworzenia struktury nawierzchni i malowania. Nie posiadam niestety aktualnych zdjęć, zresztą nie są skończone - w naszym klubowym budżecie nie przewidziano miejsca na spore wiadro trawki elektrostatycznej :( Poglądowo - wszystkie maja już trawkę tak jak pierwszy element widoczny tutaj:

W komplecie kilka lasów i górek:













wtorek, 26 lutego 2013

Inżynierowie z Ciemnogrodu prawie jak 360

Przedstawiam oto prześwietnych absolwentów wydziału inżynierii stosowanej Proletaryackiego Uniwersytetu imienia Baby w Bajorze. Teraz, panowie, już tylko praca u podstaw.





Ktoś chętny w ramach równego podziału dóbr zasponsorowac mi przyzwoity aparat? Albo przynajmniej kurs obsługi mojego prehistorycznego głuptaka?



niedziela, 24 lutego 2013

Malarska aktywacja

Tak, dobrze widać  Niestety rozczaruje się ten, kto spodziewał się zdjęć pomalowanych figsów. Zrobienie nadającego się do publikacji zdjęcia trwa u mnie dłużej niż samo malowanie :/ W kolejce czekają gotowi obsługanci do trebka i Golden Dame, oraz trochę staroci w makietach. Natomiast Malarska Aktywacja to nazwa inicjatywy/konkursu motywującego do pomalowania swojej armii. Zgłaszać się można do 5 marca tutaj:

Aby się zakwalifikować do konkursu należy zgłosić listę wybranych przez siebie modeli, które deklarujemy się pomalować, oraz udokumentowac że modele te posiadamy w wersji "sautee". Moja lista wygląda tak:

12 bretonnian archers - stan: w wypraskach. Właściwie to możliwe, że są to MaA :/

3 archer champion/cg - po prostu nie mogę NIE pomalować tych modeli :) Jeszcze jeden się zabłąkał z reapera, może zdążę

Damselka piesza i dwie konne - mam z czego wybierac :D

6 KOTR - pudło jeszcze w folii. Możliwe, że zdecyduję się ich skonwertować...

Bohater pieszo - coś z poniższych do wyboru. 

Bohater konny - model do przemalowania. Zdjęcia wkrótce, bo aparat zdechł.

3 pegazy, stan jak na fotce, pegazy sklejone, rycki jeszcze w wypraskach.

Lord na pegazie. Zdjęcia tez odmówił, twierdzi, że mu chce dusze ukraść :P
Albo będzie to stary rycek na metalowym pegazordzie, albo konwersja Archaona jak znajde ładne skrzydła.

Całość daje oficjalnie 119 punktów. Raczej małe szanse, aby tym wygrać, ale może podziała jako kop w cztery litery...

edit 28.02
Po ogłoszeniu tematów na poszczególne etapy zdecydowałam się dołożyć jeszcze do listy generała na hipciu oraz konwersję/scratchbuild relikwiarza z 6 pielgrzymami w cenie 32 punktów, co daje w sumie idealne  141 punktów. 

wtorek, 29 stycznia 2013

Michael J. Sullivan, Królewska Krew; Wieża Elfów

Michael J. Sullivan, Królewska Krew; Wieża Elfów
Prószyński i S-ka, Warszawa 2011


Zdjęcie pochodzi ze strony wydawnictwa Prószyński i S-ka

"Popatrz na jego miecze. Człowiek z jednym mieczem może umieć się nim posługiwać, ale równie dobrze i nie. Z dwoma mieczami raczej nie ma pojęcia o sztuce walki, ale chce, żebyś myślał inaczej. ale ktoś z trzema mieczami.... To spory ciężar i nikt nie dźwiga ze sobą tyle żelastwa, jeżeli nie zarabia nim na życie."

W taki oto sposób, poprzez zaskakujące mądrości przydrożnego rabusia, poznajemy głównych bohaterów naszej opowieści. Kojarzący mi się z wiedźminem Hadrian Blackwater, przystojny osiłek będący chodzącą zbrojownią, mistrz wszelkich znanych i nieznanych sztuk walki, weteran wielu wojen, były gladiator - i to wszystko w wieku trzydziestu lat - oraz jego drobniejszy ponury towarzysz tworzą (nie)sławny duet Riyria. Nie, żeby Roycowi Melbourne brakowało umiejętności - porusza się błyskawicznie i z niespotykaną gracją, wspina jak kot, porusza bezszelestnie i widzi w ciemności. No i potrafi otworzyć każdy zamek. Tych dwóch to zawodowi złodzieje, mordercy, oszuści i szantażyści, pracujący na zlecenie możnych w Medford i starający się ich okpić na każdym kroku. Jak do tej pory przez wiele lat praktyki te przeprowadzali z sukcesem za pomocą błyskotliwych planów, zadziwiających umiejętności i łutu szczęścia. Dziwi więc nieco, że (spoiler) wyjątkowo łatwe i lukratywne zadanie zlecone w ostatniej chwili z konkretnymi miejscami i godzinami spotkań nie wydaje im się podejrzane. Moja drużyna RPG złożona z gimbusów by się nie dała nabrać. A dalsze wydarzenia są jeszcze bardziej zaskakujące, żeby nie powiedzieć nieprawdopodobne.

Podczas podróży po kraju poznajemy trochę historii świata, zarys sytuacji politycznej oraz szereg postaci ważnych dla kontynuacji fabuły, i niewiele więcej. Postacie zachowują się bardzo tajemniczo (czytaj - nie są zbytnio rozbudowane), intryga jest dość zaskakująca ale niezbyt skomplikowana, fabuła to głównie "tam i z powrotem" z kilkoma pobocznymi przygodami -  jest przede wszystkim tłem dla pokazania świata i wprowadzenia postaci ważnych w dalszych częściach. W kilku momentach dość rażące interwencje "deus ex machina", jak choćby atak bywalców karczmy na oddział uzbrojonej po zęby straży królewskiej, rozwiązanie zagadki morderstwa czy powstanie biedoty w mieście. 

Książkę czyta się dobrze, choć właśnie bez fajerwerków, ot takie sobie heroic fantasy. Być może inaczej nieco odbierała bym opis postaci i świata, gdybym czytała książki po kolei... , bo wiele rzeczy było dla mnie już oczywistych. Język jest płynny, barwny, dowcipny, autor wyraźnie zna się na rzeczy/ma dobrych doradców w sprawach uzbrojenia, taktyki, koni, życia obozowego i ogólnie tła średniowieczno-fantasy, choć trafiają się kwiatki typu "łucznicy wspierali się na swoich łukach niczym  wędrowcy na zwykłych laskach " czy "suknia uszyta była z kilku metrów marszczonego aksamitu", ale są to przypadkowe i niewiele znaczące potknięcia. 

Dopiero druga część cyklu (dwa tomy w tym samym wydaniu to niezły sposób na oszczędność, choć chyba trochę ryzykowny) pozwala głównym bohaterom się rozkręcić  Pozostałe postacie poznane w poprzedniej historii przewijają się w tle, ale większość czasu na scenie dominuje Hadrian, poznajemy tez bliżej pochodzenie i przeszłość Royce'a. Zdecydowanie przeniesiony jest punkt ciężkości historii - z historii przygód w podróży gdzie większość wydarzeń spotyka bohaterów bez ich większej inicjatywy - na bardziej statyczną opowieść o odkryciach, tajemnicach  starych wieżach i strategii obrony wioski. W mojej opinii jest to najlepsza jak do tej pory część z 4 które przeczytałam.

Ogólna ocena 8/10, przy czym druga część zdecydowanie mocniejsza od pierwszej.

niedziela, 27 stycznia 2013

Trebuchet

Idiotyzmem jest grać figurką pomalowaną "do połowy" i nie zabezpieczoną lakierem. W moim przypadku zaskutkowało to kąpielą w DOT-cie i malowaniem od nowa. Aby patrzeć na sprawę pozytywnie, po kąpieli udało się model rozkleić częściowo co znacznie ułatwiło malowanie i składanie. Nadal jest krzywy :( Teraz pora na obsługę.






wtorek, 15 stycznia 2013

Lynda Curnyn, Polowanie na męża

Lynda Curnyn, Polowanie na męża
wyd Literatura w spódnicy/Harlequin, Warszawa 2005



"Kiedy jeden były chłopak się żeni, mona się śmiać. Przy drugim - nerwowy dreszcz przebiega po plecach. Ale przy trzecim ...!?
Wtedy dziewczyna zaczyna to traktować osobiście. Czyli zaczyna się zastanawiać, co jest z nią nie tak, skoro żaden facet nie chce wyegzekwować sporych sum pieniędzy w imię dozgonnej miłości."

Książka znalazła się na mojej półce chyba jako upominek, przeleżała kilka lat służąc za przycisk do papieru, przeczytana ostatnio w ramach porządkowania biblioteki. Początkowo odstraszał mnie sam tytuł i nazwa serii - "literatura w spódnicy" sic!...

Miła, przyjemna, odprężająca lektura. Napisana sprawnie, nie wymaga włączania mózgu podczas czytania, świetna lektura na podróż pociągiem. Na stronie 2 mamy wyjaśnioną fabułę, na stronie 22 już wiadomo jak się skończy, pozostałe 260 stron z życia trzydziestojednoletniej prawie-mężatki z Nowego Jorku wypełniają opisy wypraw po sklepach i babskich wieczorów przeplatane spotkaniami z Panem Idealnym, opowieściami o byłych chłopakach i scenkami ze współlokatorem. W tle pojawia się jeszcze rodzina jedna i druga, perypetie pozostałych psiapsiółek i marzenia o karierze aktorskiej. Książka o samotności w związku, marzeniach o idyllicznej miłości, nadziei i bezradności. Proste słowa, banalny przekaz ale bez moralizatorstwa, w sam raz na drogę albo długi zimowy wieczór dla poprawy nastroju.

sobota, 5 stycznia 2013

Lepiej nie będzie

Nie, to nie o nowym roku :)
Od tygodnia próbuję zrobić sensowne zdjęcia pomalowanych ludków:/ Efekty dalekie od zadowalających, ale jak ich nie umieszczę, to potem stracę motywację żeby malować dalej... Niewiele widać, nawet z wydatna pomocą Gimpa. A z technik malowania tez sporo zapomniałam, i kontrola nad pędzelkiem tez nie ta....

10 chłopa malowane do klubowej armii, podstawki tylko posypka i cienki wash, wszystkie będą robione razem (taaa, marzenia). Na większości elementów kolor bazowy + wash + rozjaśnienie; tylko na tunikach podwójne rozjaśnienie bez washa.

Fotka grupowa

Może coś więcej widać na pojedynczych.







środa, 2 stycznia 2013

Władca Hobbitów

Hmmm.. od poprzedniego postu, teoretycznie przywracającego bloga do życia, minął ponad rok. Chyba sobie tym razem odpuszczę bzdury o postanowieniach noworocznych, planach i zamiarach. Z nowym rokiem post ma tyle wspólnego, że było wolne i chęć napisania czegoś. A popisać sobie czasem lubię, właściwie nie wiem, dla kogo. poprzednio od bloga odciągnął mnie brak czytelników w porównaniu z blogiem robótkowym, ale chyba potrzebuję tez miejsca dla swojej bardziej mrrrrocznej natury, z daleka od zachwytów nad całym światem najlepiej w kolorze różowym. Właściwie to miało być ze zdjęciami pomalowanych figurek, ale albo się całkiem oduczyłam robić im zdjęcia, albo aparat jednak się zestarzał za bałdzo, no i kicha. Więc niestety znowu recenzja.



Hobbit - niezwykła podróż reż. Peter Jackson

Nie czekałam na ten film, tak jak czekało się na pierwszą część Władcy Pierścieni. Połówek, bardziej zainteresowany newsami filmowymi, czasem coś wyłowił i pokazał dawno temu, ale właściwie szłam do kina bez oczekiwań i nastawień, nawet nie pamiętałam jak wyglądają krasnoludy. Hobbita miałam dość świeżo w pamięci bo Junior ma audiobooka którego puszcza w kółko. nie wiedziałam nawet, że mają być trzy części, i przez to straciłam kawałek ucieczki przed goblinami i Gollumem.

Pierwsze kilka scen + muzyka z Shire - no kurde, co jest, przecież chyba Bilba nie zagra ponownie Ian Holm?!?! Ciekawy pomysł na prolog, pytanie na ile spowodowany wydłużaniem opowieści do 3 części. na szczęście Martin Freeman i jego ogromne, włochate stopy stanęły na niskości zadania - idealny poczciwina spod Pagórka z nieodłączną fajeczką. Bilbo świetny, wygląda na nieco starszego i bardziej ustatkowanego niż Frodo, a nie wygląda nienaturalnie z ochotą na przygody. Ian McKellen jako Gandalf - co mi się rzuciło w oczy, to fakt, jak bardzo się postarzał przez te 12 lat, niestety... Ale nadal jest świetnym aktorem, choć nie do końca odpowiada mi wyobrażenie Istarich jako żebraków czy pomyleńców. 

Na początek filmu Jackson serwuje nam jedne z najlepszych IMO scen - wtargnięcie krasnoludów do nory Bilba, uczta + świetna interpretacja "Tłuczmy garnki, spodki, miski...", opowieść o zagładzie Ereboru i REWELACYJNA pieśń krasnoludów "Ponad gór omszonych szczyt...". Potem... potem jakieś 1,5 godziny naparzanki i ucieczki na zmianę, z przerwą na nocleg w Rivendell. Trafiają się po drodze jeszcze perełki, jak rozmowa Bilba z Gollumem, wysyłanie ćmy do orłów, ale większość akcji to albo piękne migawki z krajobrazów Nowej Zelandii w ujęciach znanych z Władcy Pierścieni, albo bijatyki i naparzanki z dużą ilością efektów specjalnych.

Trzeba zaznaczyć, że nie przepadam za oglądaniem filmowych interpretacji książek, które przeczytałam. Zresztą w odwrotną stronę też, choć tutaj jest jednak trochę łatwiej, bo mamy już pewne kody w wyobraźni. Nie neguję obcięcia wielu scen, czy przeinaczenia ich, tak jak np decyzja Froda czy trollowe ognisko. Największym zdziwieniem dla mnie było włączenie scen z Czarnoksiężnikiem z Dol Guldur do opowieści, udział Azoga jako głównego czarnego charakteru i sceny z Radagastem, choć każda z tych opowieści sama w sobie jest świetnie zrealizowana. Brakuje mi w filmie dialogów, interakcji w kompanii, charakteru krasnoludów - jedynym "godnym wzmianki" jest Thorin. Poszczególne sceny następują po sobie w kolejności chronologicznej, ale nie tworzą całości, nie oddają klimatu podróży - opuszczenie którejkolwiek nie zmienia nic w odbiorze filmu. Brakuje mi powiedzonek, które zapadły by w pamięć i pokazały osobowość poszczególnych postaci, jak choćby "co te komary jedzą kiedy nie mają hobbitów" z WP. No i bolączka poruszana chyba najczęściej w stosunku do tego filmu - krasnoludy, których w kompanii jest może pięć... Dwalin, Balin, Gloin, Oin, Bombur. Reszta albo wygląda jak pokraczne gnomy, albo  superhero prosto z okładki Men's health.  Pewnie, że miło zawiesić żeńskie oko na Filim, Kilim czy Thorinie, ale w takim celu wolę ich nieco mniej uzbrojonych i owłosionych... Ani rysy twarzy, ani budowa ciała nie przywodzi na myśl żylastego niskopiennego kowala.

Żeby nie było, to jest świetny film, i polecam go wszystkim miłośnikom Tolkiena i Jacksona. Jest masa smaczków, jest masa scen zabawnych i żartobliwych, a wszystko zrealizowane z przepychem jaki można sobie wymarzyć przy możliwościach dzisiejszej technologii. ja sama pewnie obejrzę go jeszcze nie raz, ale chwilowo - wracam jednak do ponownego czytania książki.

A na koniec jeszcze ciekawostka, ale oglądac tylko po odstawieniu wszelkiego rodzaju napojów - Radziecka interpretacja Hobbita z 1982r - pełnometrażowy film aktorski, niestety tylko w wersji językowej zza Buga:
"Dobre utra"